środa, 30 grudnia 2009

Muzyczne Podsumowanie 2009

Kończy się kolejny rok, czyli czas na muzyczne podsumowanie. W tym roku, tak jak w zeszlym, przedstawiam 30stkę albumów, które w minionym roku wywarly na mnie największe wrażenie i wedlug mnie byly po prostu najlepsze. Oto i one:


30. Richard Hawley - Truelove's Gutter
29. Fever Ray - Fever Ray
28. Pink Mountaintops - Outside Love
27. A Place to Bury Strangers - Exploding Head
26. Phoenix - Wolfgang Amadeus Phoenix

25. The Builders and the Butchers - Salvation is a Deep Dark Well
24. Windmill - Epcot Starfields
23. Peter Bjorn and John - Living Thing
22. The Antlers - The Hospice
21. The Big Pink - A Brief History of Love

20. Eels - Hombre Lobo
19. Patrick Wolf - The Bachelor
18. Fires of Rome - You Kingdom You
17. Youth Group - The Night is Ours
16. Stellastarr* - Civilized

15. Animal Collective - Merriweather Post Pavillon
14. Fanfarlo - Reservoir
13. Akron/Family - Set'Em Wild, Set'Em Free
12. Edward Shape and The Magnetic Zeros - Up From Below
11. Mumford and Sons - Sigh No More

10. The Queen Killing Kings - Tidal Eyes



Magiczne lasy, przerażające demony i tajemnicze wiedźmy trudno uznać za typowe motywy współczesnej muzyki popularnej. Tegoroczną dziesiątkę otwiera płyta, która przynajmniej na początku była dla mnie dość dziwnym tworem. Pianino, syntezator (czasem pianino x2), bas, perkusja i wokal. Praktycznie żadnych gitar. Korzystając z takiego instrumentarium czterej panowie z The Queen Killing Kings tworzą krótkie baśniowe historie ujęte w ramach pięknych, melodyjnych piosenek. Zamiast o miłości w dyskotece śpiewają o miłości w mrocznym lesie opanowanym przez wiedźmy i wampiry. Proste? Proste. Nie ma tutaj mowy o żadnym puszczaniu oka do słuchacza i muzycznym kabarecie. Zespół wykonuje swoje utwory z pełną powagą, dzięki czemu udaje im się stworzyć unikalny klimat. Zarówno w przeuroczych balladach takich jak „This Night” i „Warden” czy też przebojowych kawałkach pokroju „Reinventing Language” czy „Naked In the Rain” The Queen Killing Kings kreują magiczną atmosferę, która pozwala słuchaczom oderwać się od otaczającej rzeczywistości nie gorzej niż baśnie Andersena.

The Queen Killing Kings - Dark Hearts (live)


9. Lightning Dust - Infinite Light



Gdy tworzyłem to podsumowanie wyszła dość ciekawa sprawa. Okazało się, że płyt które wyznaczyłem do pierwszej dziesiątki jest tylko dziewięć. Postanowiłem wykorzystać swój błąd by dać szansę albumom, których nie miałem okazji przesłuchać licząc, że wśród nich znajdzie się płyta, która zauroczy mnie na tyle by umieścić ją w dziesiątce bez konieczności przemieszczania albumów z dalszej części podsumowania. Po wielu nieudanych próbach trafiłem na wydawnictwo zespołu o nazwie Lighting Dust. Nigdy nie byłem fanem Black Mountain, a chyba powinienem być. Lightning Dust tworzy bowiem dwójka muzyków tamtej formacji, Joshua Wells i Amber Webber (swoją drogą znajdujący się w tym notowaniu zespół Pink Mountaintops to także side project muzyków Black Mountain…). Infinite Light urzekła mnie przede wszystkim ciekawym, lekko zawodzącym wokalem Webber, który brzmi trochę jak folkowa wersja Karin Dreijer Andersson i przepięknymi melodiami autorstwa Wellsa. Te proste utwory bez zbędnych fajerwerków robią niesamowite wrażenie i powinny spodobać się wszystkim fanom zarówno Bat for Lashes jak i Joanny Newsom. Zdecydowanie zasłużone miejsce w pierwszej dziesiątce tego roku.

Lightning Dust - I Knew


8. Broken Records - Until the Earth Begins to Part



Nigdy nie wybaczę Screenagersom zbesztania debiutanckiej płyty Broken Records. Fakt, ten album jest bardzo patetyczny i chwilami wręcz pompatyczny, ale właśnie w tym tkwi urok zespołu z Edynburga. Smyczki i dęciaki budują majestatyczny klimat, na tle którego przepięknie brzmi potężny wokal Jamie’ego Sutherlanda. Porównuje się ich do Arcade Fire, ale moim zdaniem to nie do końca udane porównanie. Fakt, oba zespoły łączy zamiłowanie do tworzenia potężnie brzmiących kompozycji mających stanowić pewnego rodzaju hymny, jednak Broken Records tworzą swoje utwory w zupełnie inny sposób. Wstęp, rozwinięcie i zakończenie – podstawy pisania tekstów jeszcze z czasów podstawówki. Szkoci w podobny sposób komponują swoje kawałki. Z tym, że zakończenie to najczęściej urywające tylne części ciała uderzenie całego dostępnego zespołowi instrumentarium. Piękno w czystej formie. I o to chodzi.

Broken Records - Until the Earth Begins to Part


7. My Latest Novel - Deaths and Entrances



Glasgow pokonało Edynburg. Przynajmniej w tym roku. Płyty Broken Records i My Latest Novel słuchałem mniej więcej w tym samym czasie I już wtedy wiedziałem, że oba albumy będą znajdować się w czołówce płyt roku 2009. Można by wymieniać liczne podobieństwa pomiędzy dwiema szkockimi grupami, ale skupie się na różnicach, jako że to przez nie to właśnie zespół z Glasgow znajduje się oczko wyżej. My Latest Novel prezentują szerszy wachlarz muzycznych sztuczek i, przynajmniej takie odniosłem wrażenie, większą muzyczną wrażliwość. Wokal jest silnie związany z tekstem utworów. Czuć napięcie tam gdzie powinno się ono znajdować. Linia wokalna zawsze idzie w parze z płynnością poszczególnych wyśpiewywanych fraz. Do tego Szkoci świetnie wykorzystują umiejętności swoich muzyków tworząc przepiękne harmonie wokalne. W otwierającym album utworze „All In All In All Is All” trzy głosy śpiewają niezależnie od siebie tworząc jednocześnie spójną harmonię. Skupiłem się na wokalu i zapomniałem o całej reszcie. A Deaths and Entrances to przecież także przepiękne melodie i niezwykle udane kompozycje. Gitary, skrzypce, klawisze – wszystko to co tygryski lubią najbardziej. Szkocja trzyma się mocno, a ten album jest tego najlepszym przykładem.

My Latest Novel - I Declare a Ceasefire


6. Ramona FallsIntuit



Ramona Falls to wodospad w Oregonie.
Ramona Falls to nowy muzyczny projekt Brenta Knopfa z Menomeny.
Menomena jest niezwykle intrygującym zespołem. Głównie dlatego, że ich utwory nigdy nie są przewidywalne. Nie wiadomo co się stanie za chwilę. Gdy słuchacz przygotowuję się do mocnego uderzenia, następuje wyciszenie. Ale zaraz potem uderzenie- ale tylko na chwilę, bo potem pojawia się wesoła melodia. W solowym projekcie Brenta Knopfa jest podobnie. Wszystko zmienia się bardzo szybko, a gdy już Ci się wydaje, że wiesz co stanie się za chwilę, dzieje się coś zupełnie innego. Jednak o ile bardzo lubię Menomenę to uważam, że side project Knopfa jest o wiele ciekawszy od jego macierzystej formacji. Przede wszystkim dlatego, że utwory na Intuit mimo wspomnianej wcześniej nieprzewidywalności pozostają nastrojowymi piosenkami ukazującymi jak genialnym kompozytorem jest Knopf. „Russia”, „Melectric”, „Clover”, „I Say Fever”- każdy z tych utworów łączy w sobie niebanalną przebojowość z olbrzymią muzyczną wrażliwością jednej trzeciej Menomeny. Unikalny klimat tej płyty sprawia, że Ramona Falls to obecnie znacznie więcej niż side project. To jeden z najbardziej obiecujących projektów muzycznych jaki pojawił się w tym roku.

Ramona Falls - Russia


5. Monsters of FolkMonsters of Folk



Trudno wyrazić słowami jak bardzo jestem szczęśliwy, że mogę z czystym sumieniem umieścić ten album w pierwszej piątce płyt roku. Mało który zespół wywarł na mnie tak wielki wpływ jak Bright Eyes a nagrywający od 13stego roku życia Conor Oberst jest dla mnie jednym z najlepszych muzyków jacy kiedykolwiek pojawili się na świecie. Gdy na początku roku pojawiła się płyta Outer South pod szyldem Conor Oberst and The Mystic Valley Band przeżyłem lekkie załamanie. Nigdy wcześniej Conor nie nagrał czegoś tak słabego, pozbawionego jakiegokolwiek uroku. Ideał sięgnął bruku. Na szczęście tylko na chwilę. Monsters of Folk to tak zwana supergrupa. Obok Obersta muzykują w niej Mike Mogis (multiinstrumentalista z Bright Eyes i producent ich płyt), M. Ward (jeden z ciekawszych obecnie singer-songwriterów) oraz Jim James (lider formacji My Morning Jacket). W tym towarzystwie Conor widocznie odżył, wziął drugi oddech i wspólnie z kolegami nagrał jeden z najlepszych albumów tego roku. Panowie świetnie się razem dogadują, słychać to od razu. Płyta jest spójna i kompletna. Jednocześnie to jeden z najbardziej zróżnicowanych stylistycznie albumów 2009 roku. W tym momencie wypadałoby by chyba użyć słowa eklektyczny. Takie „Whole Lotta Losin’” czy „Baby Boomer” zdominowane są przez M. Warda, „The Right Place” to numer wprost idealny dla Jima Jamesa a „Ahead of the Curve” z wokalem Conora brzmi jak żywcem wyjęte z najlepszych płyt Bright Eyes. Całość powala. Trudno przewidzieć jaka będzie przyszłość Conora. Ostatnio pojawiły się doniesienia, że chce on zakończyć działalność pod szyldem Bright Eyes i nagrać jedną ostatnią płytę ze swoim zespołem. Patrząc na dokonania Mystic Valley Band ta wiadomość jest co najmniej dołująca. Jednak jeżeli do nowego projektu znajdzie sobie tak udanych kompanów jak w przypadku Monsters of Folk to o jego przyszłość można być spokojnym.

Monsters of Folk - Ahead of the Curve


4. Jay Farrar and Benjamin Gibbard - One Fast Move or I'm Gone



Czasem się zastanawiam gdzie bylibyśmy teraz gdyby nie beatnicy. Ta banda odszczepieńców przyczyniła się do wielkich zmian kulturowych nie tylko w Ameryce, ale w całym tzw. świecie zachodnim. Jack Kerouac był na swój sposób kronikarzem tego ruchu. On the Road – wiadomo. Nie zamierzam się rozpisywać na temat twórczości tego pisarza. W każdym razie, 1962 roku napisał on książkę Big Sur, która podobnie jak jego wcześniejsze dokonania była silnie autobiograficzna. W tym momencie swojego życia Kerouac nie był już szalonym podróżnikiem, ale znanym pisarzem nie mogącym sobie poradzić z ciężarem sławy i rozpoznawalności. Jego alter ego w książce postanawia uciec od całego świata do dzikiego obszaru Big Sur w Kalifornii, żeby móc się odrodzić i znów żyć tak jak kiedyś. Dokładnie mówiąc ucieka do Big Sur trzy razy, i za każdym razem okazuje się, że w nowych warunkach jest mu jeszcze gorzej niż w Nowym Jorku. Mówiąc inaczej- nie ma już dla niego ratunku. Książka kończy się wyjątkowo pesymistycznie – Jack jest psychicznym i fizycznym wrakiem.

Mamy rok 2009. Na potrzeby powstającego dokumentu o Big Sur dwójka muzyków- Ben Gibbard (Death Cab For Cutie) oraz Jay Farrar nagrywają album będący muzyczną adaptacją słynnej książki. Wynikiem tej współpracy jest album One Fast Move Or I’m Gone, wzruszająca i powalająca opowieść o upadku Kerouaca. Łącząc bezpośrednie cytaty z książki z własnymi wstawkami, dwaj muzycy wiernie oddają klimat Big Sur i podążają śladami pisarza w jego podróżach. Wszechobecny pedal steel i stylistyka americany idealnie pasują do nastroju książki oraz narracji Kerouaca. Rozpoczynający album utwór „California Zephyr” wprowadza słuchacza w sytuację Jacka Duluoza (alter ego Kerouaca z książki) i pokazuje jak wielką nadzieje wiązał on z wyjazdem do Big Sur. A potem jest coraz gorzej. Gibbard i Farrar dokonali rzeczy niezwykłej. Dokonując interpretacji książki stworzyli album wybitny, porażający nawet bez znajomości twórczości Kerouaca. Wielki hołd dla amerykańskiej ikony i wielki wkład we współczesną amerykańską muzykę.

Jay Farrar and Benjamin Gibbard - Big Sur


3. Mew - No More Stories / Are Told Today / I'm Sorry / They Washed Away // No More Stories / The World Is Grey / I'm Tired / Let's Wash Away



Szczerze? Nie spodziewałem się tego. Zawsze lubiłem Mew, ale nie spodziewałem się, że są w stanie nagrać tak niesamowity album. No bo serio – komu i za ile trzeba sprzedać swoją duszę, żeby stworzyć utwór taki jak „Beach”? Ile trzeba mieć w głowie pomysłów, żeby tworzyć tak niesamowite, rozbudowane kompozycje jak „Hawaii” czy „Sometimes Life Isn’t Easy”? Ta płyta powala od początku do końca. Każdy utwór wyróżnia się na swój sposób. Mnogość instrumentów, przepiękne wokalne harmonie i melodie w których nie sposób się nie zatracić. Mało? Pierwszy utwór na płycie – „New Terrain” puszczony od tyłu to zupełnie inny utwór – „Nervous”, mający swój własny tekst! No bez jaj. Na miejscu egzorcystów udałbym się do Danii i odwiedził panów z Mew bo jak dla mnie to trochę za dużo jak na ludzkie możliwości. Przez wiele miesięcy ten album był murowanym numerem 2 w moim podsumowaniu. Ale potem przyszedł grudzień a wraz z nim pierwsze dni wiosny.

Mew - Beach

Bonus: Mew - Nervous


2. Noah and the Whale - The First Days of Spring



Najnowsza płyta Mew jest niesamowita. To, że znajduje się dopiero na trzecim miejscu idealnie pokazuje jak udany był to rok dla muzyki.
Noah and the Whale – zeszłoroczni debiutanci, twórcy jednych z lepszych pop-folkowych singli 2008 roku. Utwory takie jak „Jocasta” czy „Shape of My Heart” robiły wrażenie swoją radosną bezpretensjonalnością. Tak, można powiedzieć, że debiut Brytyjczyków był płytą radosną. I był tam taki utwór, „5 Years Time” na którym Charlie Fink śpiewał ze swoją dziewczyną Laurą Marling, że będzie „love love love” i „fun fun fun”. No ale to było rok temu.

Krótko po wydaniu tej płyty Laura odeszła od Charliego kończąc jednocześnie swoją współpracę z Noah and the Whale. Zespół powrócił bez niej, prezentując jednak zupełnie inne oblicze. The First Days of Spring to bardzo wyciszona, osobista płyta. Nie ma już wszechobecnej radości. „Everything I loved has gone away” – śpiewa Fink w utworze „Stranger”. I utrzymuje ten nastrój przez prawie całą płytę. Rozlicza się ze świeżo zakończonym związkiem, własną rozpaczą, a także co chwila z nadzieją spogląda w przyszłość. Dość banalna tematyka. Ale udało się to w zeszłym roku Justinowi Vernonowi (Bon Iver), a Fink z zespołem wcale nie wypadają gorzej. Piękne kompozycje i mocno osobiste teksty tworzą album, który na długo zapada w pamięć. Silne uczucia potrafią bardzo dobrze wpłynąć na poziom albumu i tak jest w tym przypadku. Wystarczy posłuchać takiego „Stranger”, w którym Charlie opowiada o pierwszej od momentu zerwania nocy spędzonej z inną kobietą. Noah and the Whale wygrywają szczerością. Swoją drogą, mniej więcej w połowie płyty znajduje się utwór „Love of an Orchestra” oddzielony od reszty dwiema instrumentalnymi wstawkami. To przebojowy, optymistyczny numer, który pokazuje, że mimo chwilowego podłamania Charlie Fink nie zamierza wiecznie tkwić w tym stanie. I przy okazji udowadnia, że Noah and the Whale wciąż potrafią tworzyć radosne, przebojowe numery. „You know, In a year it’s gonna be better. You know, In a year I’m gonna be happy” śpiewa Fink na sam koniec „Stranger”. Trzymam za słowo.

Noah and the Whale - Blue Skies


1. The DecemberistsThe Hazards of Love



Ok- tu nie mogło być zaskoczenia. Tak naprawdę spodziewałem się, że to będzie album roku jeszcze pod koniec 2008, gdy po raz pierwszy przeczytałem zapowiedź najnowszej płyty Decemberists. Colin Meloy jest lirycznym geniuszem. Wystarczy spojrzeć na teksty takich utworów jak „We Both Go Down Together” czy trylogii „The Crane Wife”. Jednak teraz po raz pierwszy (no, drugi licząc EPkę The Tain) poświęcił cały album na jedną opowieść. I w rezultacie mamy opus magnum Dekabrystów. Fakt, nie ma tu przebojów, nie ma singli, ale to najbardziej spójna rzecz w twórczości zespołu, a o to właśnie chodziło. Sama historia zaczyna się w momencie gdy młoda kobieta imieniem Margaret wybiera się na wycieczkę do lasu, w którym to gubi się po jakimś czasie, aż w końcu znajduje na ziemi rannego białego jelenia. Opatruje jego ranny, a gdy słońce zachodzi zwierzę zmienia się w przystojnego młodzieńca. Potem jest pięknie, tragicznie, strasznie i smutno. Gdybym miał porównać warstwę tekstową płyty do dzieł jakiegokolwiek innego autora to pierwszym, który mi przychodzi do głowy jest Shakespeare. Serio. Historia Meloy’a jest zbudowana na podobnych zasadach co większość tragedii renesansowego pisarza. A język, którego używa Colin? Cóż, Shakespeare chwilami jest o wiele mniej archaiczny. Nagrywając taką płytę w 2009 roku Meloy z kolegami (i koleżankami) stworzył dzieło ponadczasowe, odwołujące się nie tyle do innych albumów muzycznych ile do klasyków brytyjskiego dramatu. O ile warstwa tekstowa pozostaje najważniejszym elementem płyty, o tyle nie można pominąć innych aspektów. Decemberists na tej płycie brzmią chwilami o wiele ostrzej niż kiedykolwiek przedtem. Mocne gitary przywodzą na myśl chociażby Led Zeppelin. Z kolei w innych kawałkach zespół brzmi tak jak przyzwyczaił do tego słuchaczy – melodyjnie, folk rockowo. Muzyka rozwija się i zmienia na równi z tekstem. Pojawiają się powtórzenia pewnych motywów, pojawiają się instrumentalne przerywniki. Wszystko idealnie komponuje się w unikalną… jakby to nazwać, folk-rock operę? Zaproszeni goście: Becky Stark (Lavender Diamond), Shara Worden (My Brightest Diamond) oraz występujący już w tym podsumowaniu Jim James (My Morning Jacket, Monsters of Folk) idealnie wkomponowują się w klimat albumu sprawiając, że całość nabiera dodatkowych kolorów. Zapomnijmy o kochankach z Werony, zapomnijmy o bohaterach Love Story. Najpiękniejsza historia miłosna minionego roku kończy się w zburzonych falach Annan Water.

Trudno przewidzieć jakie będzie kolejne posunięcie formacji Meloya. Być może wróci do sprawdzonego wcześniej systemu jedno-utworowych historyjek, lub też szykuje dla nas kolejną rock-operę. Kto wie, istnieje możliwość, że ten album jest podsumowaniem pewnego etapu w twórczości zespołu i kolejne wydawnictwo przyniesie stylistyczną rewolucję? Cokolwiek to będzie- nie ma zespołu, o którego przyszłość byłbym spokojniejszy niż The Decemberists.

The Decemberists - The Wanting Comes in Waves/Repaid

piątek, 25 grudnia 2009

halo, czy ktoś mnie słyszy?

raz. dwa.
raz. dwa.
próba mikrofonu.


dzieńdobry.